Aktualności | O nas | Konferencje | Seminaria | Publikacje | "Tygryski" | Kontakt | Linki | Mapa serwisu

 

Artykuły

 

Publikacje

Książki

Artykuły

Working Papers

Referaty na konferencje

Eseje

Wywiady

CV

Kontakt

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

"Dobry minister finansów zawsze ma węża w kieszeni"

 

        tak uważa Grzegorz Kołodko, który w latach 1994-1997 był w Polsce wicepremierem i ministrem finansów. Rząd w Polsce w tych okresie był lewicowy, ale Kołodce udało się osiągnąć stabilizację finansową.

 

-       Jak się panu pracowało przy lewicowej koalicji?

-       - Dziś nie należy dzielić rządów na prawicowe i lewicowe. Byłem ministrem w trzech centrolewicowych rządach w latach 1994-1997. Tworzyli je socjaldemokraci i partia chłopska. Obecnego polskiego rządu też nie nazywałbym prawicowym. Każda partia może wysunąć program o takim akcencie społecznym, że będzie ją można uznać za lewicową. Ale polityka finansowa może być i w tej sytuacji zdecydowanie twarda, czyli prawicowa. Zawsze uczyłem polityków pragmatyzmu.

-       Od czego pan zaczął? W jaki sposób walczył pan o zmniejszenie wydatków budżetowych?

-       Budżet nie był wtedy zrównoważony. W roku 1992 deficyt wynosił 6,7% PKB. A większość parlamentarna sądziła, że należy dawać pieniądze na wszystkie wydatki socjalne. Trzeba było tłumaczyć parlamentowi i ludziom - wszystkim, dlaczego nie możemy podwyższyć emerytur i pensji od razu i dużo. Ale nasza sytuacja w latach 1993-1997 była znacznie lepsza niż wasza dzisiaj. U nas zaczął się już wzrost gospodarczy (od końca roku 1992). Mój program gospodarczy opierał się na wzroście gospodarczym, prywatyzacji i integracji Polski z gospodarką światową. Nie było dnia, żeby nie trzeba było walczyć o finanse państwa. Ministrowie, związki zawodowe i dziennikarze - wszyscy naciskali na ministerstwo finansów. Jednak mój los nie był taki ciężki jak Michaiła Zadornowa, bo baza podatkowa ciągle się poszerzała. Równocześnie, w liczbach bezwzględnych wydatki na sektor socjalny rosły, ponieważ ciągle rósł PKB. Przy tym za rządów lewicowych ten wzrost przyspieszył z 2,8% do 6,5% w 1997 roku. Bezwzględny wzrost dochodów budżetu w latach 1994-1997 wyniósł 25%, zaś wydatków - 23-24%. W efekcie deficyt budżetowy w roku 1997 zmniejszył się do 1,5% PKB, natomiast teraz przy rządzie prawicowym wynosi 2%. Gdyby nie było zadłużenia państwa, nie byłoby deficytu. Pierwotny dodatni bilans budżetowy w roku ubiegłym wyniósł 1-2%.

-       Jak pan sobie poradził z zadłużeniem zagranicznym?

-       Jeśli minister finansów nie ma węża w kieszeni to nie jest  dobrym ministrem finansów, jeśli jednak ten wąż w kieszeni jest jedynym argumentem, to sprawy mają się kiepsko. Jednym z moich głównych zadań jako wicepremiera i ministra finansów było zmniejszenie zadłużenia państwa. W końcu roku 1993 wynosiło ono 86% PKB, a w roku 1997 - już tylko 49%. W roku 1994 podpisałem porozumienie z Klubem Londyńskim o restrukturyzacji zadłużenia. Z 12,6 mld dolarów połowę nam darowano. Wcześniej jeszcze, w 1991, podpisaliśmy z Klubem Paryskim porozumienie o restrukturyzacji długu. Była to decyzja polityczna, ale towarzyszyły jej twarde warunki ekonomiczne. Krok za krokiem spełnialiśmy warunki skreślania kolejnych części zadłużenia, w tym także za rzeczy konkretne - wpuszczenie na rynek wewnętrzny banków zagranicznych, towarzystw ubezpieczeniowych, liberalizację handlu zagranicznego. W efekcie restrukturyzacja zadłużenia zagranicznego działała jak narzędzie przyspieszenia reform.

-       Czy jako minister finansów musiał pan uciekać się do emisji, żeby sfinansować deficyt budżetowy?

- W Polsce funkcjonuje najbardziej niezależny bank centralny na świecie, i to on określał, ile gospodarka potrzebuje pieniędzy. Propozycje dodruku pieniędzy pojawiały się bez przerwy, ale Bank był w tej kwestii sojusznikiem Ministerstwa Finansów, popierał mnie też premier. Tak więc przez wszystkie te lata Bank Centralny ani razu nie finansował deficytu budżetowego.